Blog > Komentarze do wpisu

Bliskich spotkań trzeciego stopnia ciąg dalszy

Najbardziej niesamowite są w okolicach Polskiej Stacji Polarnej na Spitsbergenie spotkania ze zwierzętami.
Tak, to prawda, przyroda nieożywiona jest tu również wspaniała - surowe, bezdrzewne góry, śnieg, lodowce, bardzo zimne morze.
Ale to przyroda ożywiona dodaje temu miejscu smaku i świadczy o jego charakterze. Jak mocne muszą być rośliny i zwierzęta, które mieszkają na tym groźnym pustkowiu!
Te pierwsze to mchy i porosty tundry, teraz ukryte pod lodem i śniegiem. Prawdziwe emocje wzbudzają zwierzęta - niedźwiedzie, renifery pasące się niedaleko stacji i wygrzebujące spod śniegu porosty, lisy, foki, morsy, ptaki. Ze spotkań z nimi cieszą się nawet zimnokrwiści naukowcy, tacy co tylko, wydawałoby się, "szkiełko i oko".

Wszyscy oczywiście wyczekują niedźwiedzi polarnych. Ale po wielkim samcu, który kilkanaście dni temu przedefilował ciężko jak czołg przed budynkiem stacji, żaden misiek nas nie odwiedził. Pozostają więc opowieści badaczy, którzy wyruszyli, żeby odczytać dane ze stacji pogodowych rozsianych po wybrzeżu fiordu Hornsund, ale zastali je potarmoszone i zniszczone przez niedźwiedzie polarne. Nie wiadomo, dlaczego miśki niszczą instrumenty naukowe (czasem po prostu przegryzają przewody). Czy prowadzą jakąś kampanię przeciwko ludziom, czy są ciekawskie, czy może po prostu są tak głodne, że szukają każdej okazji, żeby coś zjeść.
Kilka lat temu w drewnianej chatce, która stoi kilkanaście kilometrów stąd, naukowcy musieli zastrzelić niedźwiedzia, który rozbił okno i pakował im się do środka. Nie odstraszyły go ani race, ani uderzenia patelnią w nos. Na szczęście nasze przygody ze zwierzętami nie są jak dotąd tragiczne.
Jak już pisałem kilkakrotnie, wszystkich rozczulają tu liski polarne, które towarzyszą stacji - dwa białe i jeden ciemny. Te białe powoli tracą już zimową sierść, łapki i pyszczki zrobiły im się ciemne. Wyglądają przez to dość paskudnie, choć zabawnie. Ciągle czatują też koło bud stacyjnych psów - Ragny i Brzydala - czekając na okazję do świśnięcia im czegoś z miski.
Bliskie spotkanie z brązowo-czarnym lisem miał wczoraj prof. Waldemar Walczowski. Jechał skuterem do miejsca, gdzie razem z innym naukowcem z Instytutu Oceanologii PAN Piotrem Wieczorkiem zostawili łódź, kiedy zobaczył liska przed sobą. Zwierzak zaczął zwiewać, ale ponieważ wokół był świeży kopny śnieg, to biegł tuż przed skuterem, twardym śladem "wyjechanym" wcześniej. Tego śladu z tych samych powodów trzymał się Waldek Walczowski. W końcu lisek, zdesperowany bezowocną ucieczką, skoczył na pobliski kamień, odwrócił się pyskiem do skutera i zaczął wyć.
- Wył jak kojot albo hiena - śmiał się Waldek. - Szkoda, że nie miałem ręki, żeby go nagrać.
Wczoraj dwa zespoły naukowców wyprawiły się na łódkach daleko we fiord. Po drodze widzieli parę morsów, która wylegiwała się na maleńkiej krze. Prawdopodobnie - matkę z małym. Dzisiaj wszyscy o nie dopytywali (zdjęcie dzięki uprzejmości Tomka Wawrzyniaka z Instytutu Geofizyki PAN).
Zastanawialiśmy się też, gdzie się podziały alczyki. Zaczyna się wiosna, więc ich bandy pojawiły się nad lądem (alczyki zimują na otwartym morzu) i zaczęły szukać miejsc na gniazda. Te miejsca znajdują jednak na odsłoniętej skale, najlepiej w miejscach trudno dostępnych dla lisów, np. na urwiskach. Wczoraj jednak na skałach niedaleko Polskiej Stacji Polarnej było cicho jak makiem zasiał. Pewnie alczyki wiedziały, że po kilkunastu godzinach pięknej pogody znowu zbliża się śnieżyca i nie ma co szukać czarnej skały.
Ta śnieżyca pokrzyżowała plany grupy glacjologów z Uniwersytetu Śląskiego, o których pisałem w "Gazecie Wyborczej" tutaj.
Uczeni mieli zbadać radarem grubość lodowca Hornbreen, który łączy Sørkapp, czyli południową część Spitsbergenu z resztą wyspy. Dzięki temu będą wiedzieli, czy po stopnieniu lodowca da się tamtędy przejść suchą stopą. Innymi słowy - czy Sørkapp to, jak mówi jego norweska nazwa, rzeczywiście półwysep, czy raczej pełnowymiarowa wyspa.
Glacjolodzy mieli ruszać na swoją kilkusetkilometrową wyprawę dziś rano, ale z powodu śnieżycy ciągle siedzą w stacji i czekają na poprawę pogody. W zawiei czy zamieci śnieżnej właściwie nie można na zewnątrz się poruszać. Jest tak biało, że dosłownie nic nie widać. To tzw. "white-out" - widać w nim najwyżej na wyciągnięcie ręki, a nawet jeśli dalej, to trudno zorientować się w przestrzeni i człowiek porusza się po omacku. Na skuterze można jechać tylko dzięki GPS-owi. Doświadczyłem "white-outu" kilkakrotnie na nartach. Mimo że stok był łagodny, zjeżdżałem bardzo ostrożnie, czasem nie wiedząc, czy to ja jadę, czy góra.
Na szczęście wczoraj, kiedy razem z Tomkiem Jankowskim, informatykiem stacji, wdrapaliśmy się na nartach na szczyt Vesletuva (542 m n.p.m.), pogoda była rewelacyjna, a widoki oszałamiające. Naokoło biało-czarne góry, lodowce i wody Hornsundu. Ach.
Już w stacji Tomek tłumaczył mi, jak rozróżnić różne gatunki niedźwiedzi. Wystarczy kopnąć misia w tyłek (nie polecam!), a potem uciec na drzewo. Jeśli za nami wejdzie, będzie to baribal. Gdy zacznie potrząsać drzewem, to rozdrażniliśmy grizzli. Jeśli w okolicy nie będzie drzewa, to spotkaliśmy niedźwiedzia polarnego. No, a kiedy misiek się rozbeczy, to będzie to Kolargol:).
Niech Lód będzie z Wami!

Tomasz Ulanowski

 

Post użytkownika Nauka Ekstra.
środa, 23 kwietnia 2014, tomaszul

Polecane wpisy

  • Wracamy

    To bardzo dziwne uczucie - po miesiącu wziąć do ręki własny portfel. Tak długo nie był mi do niczego potrzebny, że w ogóle o nim zapomniałem. W niedzielę rano

  • Wojna światów

    - Od trzech dni nigdzie nie wychodzisz - powiedział z przyganą w głosie Zbyszek Górski, meteorolog w Polskiej Stacji Polarnej we fiordzie Hornsund na Spitsberge

  • Polarny bakcyl, czyli infekcja postępuje

    Już po drzemce;). Jest prawie 21 i przez okno mojego pokoju wychodzące na północny-zachód wpada słońce. W Polskiej Stacji Polarnej na Spitsbergenie już pełen dz