RSS
wtorek, 06 maja 2014

To bardzo dziwne uczucie - po miesiącu wziąć do ręki własny portfel. Tak długo nie był mi do niczego potrzebny, że w ogóle o nim zapomniałem.
W niedzielę rano do fiordu Hornsund, w którym stoi Polska Stacja Polarna, wpłynął wreszcie opóźniony o dzień RV "Lance", statek badawczy Norweskiego Instytutu Polarnego. Do stacji przywiózł Agnieszkę Promińską z Instytutu Oceanologii PAN. Agnieszka zastąpiła na posterunku prof. Waldemara Walczowskiego i Piotra Wieczorka. Teraz to ona będzie prowadziła pomiary wody i marzła na "Srebrnej strzale II".
A my płyniemy do domu.
"Lance" pruje wody Morza Norweskiego i wiezie nas do Tromsø. Stamtąd samolotem wracamy do Polski. Po drodze statek zatrzyma się jeszcze u wybrzeży Wyspy Niedźwiedziej (Bjørnøyi). Stojący teraz na jego pokładzie śmigłowiec przetransportuje sprzęt dla ornitologów. Naukowcy skorzystają z niego podczas letnich obserwacji ptaków morskich.
Po południu "Lance" wszedł w rozległe, rozciągające się aż po horyzont pole lodowe. Burty i dno szorują teraz o grube na 30-40 cm płaty kry. Co jakiś czas lód obija się o statek. "Łup, łup". "Lance" delikatnie drży.

Biała, a czasem seledynowa kra powoli dryfuje po spokojnym, tłustym wręcz morzu. Czasem na widać na niej brązowe plamy - to glony żyjące na lodzie. Woda naokoło statku ma teraz różne zasolenie i gęstość, co dość dobrze pokazują różnice w grubości zmarszczek pokrywających morze.
Kiedy woda morska zamarza i w ten sposób oddaje swoje ciepło atmosferze, pokrywający ją lód zaczyna żyć swoim życiem. Powoli spływa z niego do morza solanka. Jest ona bardziej gęsta od otaczającej ją wody, więc tonie. A potem systemem chłodnych prądów głębinowych wraca w rejony tropikalne, gdzie ponownie się nagrzewa, rozrzedza w mniej słonej wodzie i unosi ku powierzchni. Tylko po to, żeby znowu popłynąć na Daleką Północ, gdzie znowu odda swoją energię.
Lód morski staje się za to coraz mniej słony i coraz bardziej zdatny do picia. Czasem na jego rozgrzanej słońcem powierzchni tworzą się jeziorka. Polarni marynarze czerpali kiedyś z nich wodę (dzisiaj na "Lance'ie" mają na szczęście odsalarkę). Ponoć Brytyjczycy mawiali, że lód jednoroczny nadaje się do mycia, dwuletni już do picia, a trzyletni nawet do whisky.
Wydaje się, że kra, przez którą się przebijamy, to zwykły lód jednoroczny, który teraz, a więc wiosną, zaczął się kruszyć i topnieć. W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat lód jednoroczny stał się dominujący w Arktyce. Zapasy tego grubego, wielosezonowego bardzo się skurczyły. Stąd prognozy, że w ciągu najbliższych kilkunastu-kilkudziesięciu lat biegun północny będzie latem wolny od lodu.
Wypatruję niedźwiedzi polarnych. Niestety, nie widzę żadnego. Szkoda, bo to byłoby dopiero spotkanie. W jednym z korytarzy "Lance'a" wisi zdjęcie stojącego na lodzie miśka ciągnącego pyskiem cumę statku.

Muszę zadowolić się mewami, ktore dość licznie nam towarzyszą. To znak, że do lądu niedaleko.


Poniedziałek.

W nocy oglądałem, jak śmigłowiec przewoził kosze z zaopatrzeniem na Bjørnøyę. Było przecudnie, bajkowo wręcz. Słońce oświetlało na czerwono falujące leniwie morze, które tu i ówdzie pokrywał lód. Nad statkiem szalały mewy. Surowy brzeg Wyspy Niedźwiedziej sterczał z wody niczym wysoka na kilkaset metrów kamienna ściana. Urwiste wybrzeże sprawia, że do wyspy nie można bezpiecznie przybić dużym statkiem. Jedynym sensownym środkiem transportu jest dziś śmigłowiec.

W sezonie 1932-33 zimowała tu polska wyprawa polarna kierowana przez Czesława Centkiewicza. Swoje wspomnienia Centkiewicz opisał w słynnej książce "Wyspa mgieł i wichrów".
Dzisiaj na morzu nie ma już ani jednej kry. Wesoło świeci słońce i na pokładzie zrobiła się prawdziwa wiosna. Podczas spaceru (po torcie z okazji urodzin kapitana) nie przeszkadzał mi nawet hałas silnika, smród paliwa i wyziewy z kuchni.
Teraz "Lance" kołysze i mruczy, żeby spać.
Niech Lód będzie z Wami.

Tomasz Ulanowski

04:42, tomaszul
Link Dodaj komentarz »
sobota, 03 maja 2014

- Od trzech dni nigdzie nie wychodzisz - powiedział z przyganą w głosie Zbyszek Górski, meteorolog w Polskiej Stacji Polarnej we fiordzie Hornsund na Spitsbergenie.
To prawda od trzech dni jestem w stanie zawieszenia, na stand-by'u. Myślami jestem już nie tu, gdzie jestem, czyli w Arktyce, ale w domu. Coraz większą uwagę zaczynam zwracać na to, co dzieje się gdzie indziej, w rozleniwionej majówką Polsce, na targanej wojną Ukrainie.
W domu nie oglądam w ogóle telewizji, nie mam nawet telewizora. A teraz ten ersatz rzeczywistości jest akurat pod ręką.
Jestem więc pomiędzy światami, ani tu, ani tam.
Zbyszek wyszedł na kilkunastokilometrową wyprawę narciarską, pogoda jest piękna, słońce świeci, nie wieje. Na wodach fiordu dryfuje coraz więcej gór lodowych, co oznacza, że lodowce w Hornsundzie zaczęły się mocno cielić. Wczoraj przed stacją przedefilowało stadko reniferów. Polarne lisy mieszkające w okolicy bezczelnie wyżerały resztki z misek stacyjnych psów - Ragny i Brzydala. Na głazie przed budynkiem stacji co jakiś czas przysiada para larusów - dużych żółtodziobych mew, które od końca zimy są tu stałymi bywalcami. Lada moment pojawią się rybitwy. Założą gniazda na ziemi wokół stacji i zaczną atakować polarników, którzy za bardzo do nich się zbliżą (atakują pazurami, dziobami i... bombami kałowymi; można bronić się, wkładając kamień pod czapkę, albo przyczepiając do niej półmetrowy kij).
Tylko niedźwiedzi polarnych nie ma. Ten sezon, jak mówią polarnicy, którzy przyjeżdżają tu od lat, jest pod tym względem wyjątkowy. Od lata mieszkańcy stacji naliczyli ledwie dziewięć spotkań z tymi majestatycznymi zwierzętami. Ostatniego niedźwiedzia i ja mogłem podziwiać. Naukowcy spekulują, że miśków jest tak mało, bo w Hornsundzie prawie nie było tej zimy lodu morskiego. A niedźwiedzie potrzebują kry, żeby polować z niej na foki.
W Hornsundzie właściwie czuje się już wiosnę. Od kilku dni nie pada śnieg i ten leżący już na ziemi robi się coraz bardziej lukrowaty, zlodowaciały i cienki. Bajkowo to wszystko wygląda, ale ja czekam na statek.
RV "Lance" Norweskiego Instytutu Polarnego, który ma z Hornsundu zabrać prof. Waldemara Walczowskiego i Piotra Wieczorka z Instytutu Oceanologii PAN oraz mnie, nie chce coś przypłynąć. Najpierw spodziewaliśmy się go w nocy z piątku na sobotę, potem w sobotę po południu. A teraz okazuje się, że przypłynie najwcześniej w sobotę (czyli dziś) wieczorem. Zaczęliśmy się martwić, czy zdążymy do Tromsø na samolot. Bilety mamy kupione na wtorek rano.
Plecak spakowałem już wczoraj. Najgorsze jest to czekanie.
Czytam więc książkę "Ice Balloon" Aleca Wilkinsona o tragicznej podróży balonem do bieguna północnego w 1897 r.
Szwedzki naukowiec Salomon August Andrée i jego dwaj współtowarzysze wystartowali z północnego krańca archipelagu Svalbard, do którego należy Spitsbergen. Ich plany były bardzo optymistyczne, bo balonem wypełnionym wodorem zamierzali dolecieć nad biegun i chcieli polecieć dalej, być może nawet do San Francisco. Żeby dobrze prezentować się po lądowaniu, Andrée zabrał nawet frak. Szczątki polarników i dziennik wyprawy (w tym negatywy zdjęć) odkryto na jednej z wysp Svalbardu w 1930 r.

Co tam się stało, podczas tego lotu? Wiem, że nazwany przez Andrée'ego "Orłem" balon się rozbił, bo jego niesamowite zdjęcie (negatyw znaleziono wśród szczątków wyprawy) widnieje na okładce książki. Ale dlaczego, jak wyglądała epopeja trzech polarników, którzy próbowali wrócić do cywilizacji, maszerując po lodzie morskim?
Mógłbym oczywiście szybko znaleźć odpowiedzi na te pytania w internecie, ale wtedy przyjemność z książki byłaby sporo mniejsza. Wilkinson opisuje w niej jeszcze inne tragicznie zakończone wyprawy arktyczne, których uczestnicy spędzali po kilka lat w tutejszym lodowym świecie, często nie doczekując statku, który miał po nich przypłynąć. A to, czy przeżyli, czy nie, zawdzięczali tylko swojej wytrwałości, umiejętności współpracy i przewalczenia dzielących ich animozji. No i oczywiście zapasom jedzenia oraz temu, jak radzili sobie z zabójczym zimnem i pułapkami czekającymi na nich na każdym kroku.
Niech Lód będzie z Wami.

Tomasz Ulanowski

PS Płynie, płynie!:) Jak donosi Tomek Wawrzyniak, naukowiec z Instytutu Geofizyki PAN, "przed chwileczką 'Lance' z Agnieszką [Promińską z IO PAN] na pokładzie wypłynął z Ny-Ålesundu. Miło było usłyszeć 'o cześć Tomek!' Jutro w nocy 'Lance' będzie w Hornsundzie".

12:31, tomaszul
Link Komentarze (1) »
środa, 30 kwietnia 2014

Już po drzemce;). Jest prawie 21 i przez okno mojego pokoju wychodzące na północny-zachód wpada słońce. W Polskiej Stacji Polarnej na Spitsbergenie już pełen dzień polarny. Słońce nie zajdzie tu przez kilka miesięcy.
Nie ma to jak drzemka, szczególnie po sześciu godzinach na morzu.

horn11Przygotowania do zrzucenia tzw. mooringu. W tle najwyższy tutejszy szczyt Hornsundtind,
1453 m n.p.m. Słońce świeci jeszcze od południa

Razem z prof. Waldemarem Walczowskim i Piotrem Wieczorkiem z Instytutu Oceanologii PAN dopłynęliśmy do końca fiordu Hornsund. Kiedy ruszaliśmy w drogę, była kompletna flauta, a fiord przypominał spokojne jezioro. W połowie drogi zerwał się jednak wiatr. Nasza aluminiowa łupinka, którą nazwałem "Srebrną strzałą"...
- "Srebrną strzałą II" - poprawił mnie zaraz prof. Walczowski. - "Srebrna strzała to mój motocykl...
No dobra, nasza "Srebrna strzała II"...
Ilona Wiśniewska-Amundsen nazywa ją z kolei "mydelniczką". Ilona mieszka w Longyearbyen, stolicy Spitsbergenu i całego archipelagu Svalbard, ale w zeszłym roku płynęła z naszymi naukowcami ich statkiem badawczym "Oceania". To podczas tamtego rejsu "Srebrna strzała II" (choć może rzeczywiście "Mydelniczka", bo nie miała wtedy na pokładzie ani silnika, ani kołowrotka, ani instrumentów badawczych, nic nie miała) została przywieziona do Hornsundu.
Tak czy inaczej nasza łupinka dzielnie radziła sobie na przeszło metrowej fali. Muszę też przyznać, że prof. Walczowski prowadził ją po mistrzowsku. Pięknie płynął pod fale, zwalniał, przyspieszał, kręcił i przechodził przez nie mięciuchno. Ani jednego "łup", że aż krzyż potrafi jęknąć i bije po nerkach.

horn22W tle Gnålberget, 790 m n.p.m.

To był wspaniały rejs, bo wszystko nam się udało. Wszystkie założone pomiary zostały zrobione.
No, dobra, jednego punktu planu nie wykonaliśmy. W połowie drogi Piotrek Wieczorek miał zejść na chwilę na ląd na cyplu Treskelen, który swoim ostrym zębem dzieli fiord. Miał tam zostawić kilka instrumentów badawczych. W ostatniej chwili zauważył jednak, że śnieg na Treskelen jest cały zadeptany świeżymi tropami niedźwiedzia polarnego. Dla dobra Piotrka, miśka i całego świata odstąpiliśmy więc od tego punktu programu.

horn31Miśkowe tropy na Treskelen

Ale poza tym wszystko zrobiliśmy.
Leżę więc sobie zadowolony po drzemce, patrzę w to rozświetlone okno i myślę, że zaraz wyjeżdżamy. Mija miesiąc i w nocy z piątku na sobotę ma po nas przypłynąć RV "Lance", statek badawczy Norweskiego Instytutu Polarnego. Z Hornsundu popłyniemy nim do Tromsø, miasteczka położonego już w Norwegii kontynentalnej, wysadzając po drodze "desant" śmigłowcem na Wyspie Niedźwiedziej. A z Tromsø "rozlecimy się" samolotami do domów.
Jakoś tak żal wyjeżdżać.
Ale jestem spokojny, że jeszcze tu wrócę. Jak każdy zarażony "bakcylem polarnym" czy też polarną gorączką będę musiał.
Następnego dnia rano patrzę przez inne okno - to wychodzące na południową część stacji, na fiord. Jest akurat odpływ, więc przy brzegu sterczą z wody zęby skał, na dnie osiadły lodowe górki, które kiedyś oderwały się z lodowców. Błyszczą turkusowo.
Krajobraz jak zwykle surowy, szarobiały. Ale za każdym razem jest inny, potrafi zmieniać się błyskawicznie, bo chmury zmieniają światło i wszystko wygląda inaczej.
Jest taki kamień przed stacją, częściowo zasypany śniegiem, który za każdym razem, kiedy na niego patrzę, zmienia swoje przebranie. Najczęściej przypomina kamień oczywiście;). Ale raz wziąłem go za kota! I zanim puknąłem się w głowę, że przecież to niemożliwe, bo na Svalbardzie nie ma kotów (no, może Rosjanie i Ukraińcy trzymają je w Barentsburgu), że ich tu być nie może - bo Norwedzy zabraniają, bojąc się o tutejsze ptaki morskie, które budują sobie gniazda na brzegu - zacząłem się zastanawiać, skąd ten kot tu się wziął.

horn5_szlamnik1"Święty kamień z Hornsundu". Ten po lewej. Co Wam przypomina?

A dzisiaj kamień przypomina szlamnika. Słyszeliście o szlamniku? To ptasi ultramaratończyk. Potrafi lecieć bez przerwy osiem dni i nocy, pokonując 12 tys. km pomiędzy Arktyką a Antarktyką. Ma długi dziób, którym dziobie w dnie morskim, brodząc przy brzegu...
Wyobraźnia wyczynia figle w tym surowym i ubogim krajobrazie. A zdjęcia z domu - drzew, zieleni - wyglądają jak zdjęcia tętniącej życiem dżungli.
To pewnie wszystko przez ten polarny bakcyl. Infekcja postępuje.

horn41Hornbreen, lodowiec spływający do morza na końcu fiordu Hornsund

Niech Lód będzie z Wami!

Tomasz Ulanowski

11:15, tomaszul
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 27 kwietnia 2014

W Wikipedii podają, że "badaniem fizycznych procesów w morzach i oceanach oraz badaniem własności fizycznych wód mórz i oceanów". Ale to tylko półprawda. Szczególnie w okolicach Polskiej Stacji Polarnej na Spitsbergenie.
Korzystając z pięknej pogody w Hornsundzie, która ma się skończyć wieczorem, prof. Waldemar Walczowski i Piotr Wieczorek z Instytutu Oceanologii PAN postanowili wypłynąć na szybki rajd w głąb fiordu. Chcieli postawić tzw. mooring, czyli zakotwiczony na dnie zestaw instrumentów badawczych, np. do pomiaru prądów morskich, zasolenia i temperatury wody. Zaprosili mnie na pokład, więc zabrałem się z nimi.

Prof. Waldemar Walczowski

Okutani w żółte i czerwone ratownicze stroje typu "Viking" wyglądaliśmy raczej jak teletubisie niż jak wikingowie (no, może nasze zarośnięte gęby przypominały trochę groźne oblicza wikingów;). W Arktyce nie liczy się jednak wygląd, ale ciepło. Dzięki kombinezonom, nawet gdybyśmy wypadli do wody, która ma tu teraz ok. 1,5 st. C poniżej zera, to nie przemoklibyśmy. Dzięki temu przez kilka godzin zachowalibyśmy ciepło (choć na pewno nie w stopach i dłoniach) i z dużym prawdopodobieństwem uszlibyśmy z takiej przygody z życiem. Gdybym zaś wskoczył tu do wody na golasa, tak żeby się wykapać, wytrzymałbym może kilka minut. Potem - kaput.
Płynęliśmy więc pod falę, słona woda chlapała nam na twarze, a nad głowami śmigały klucze alczyków. Manewrowały z taką szybkością, wydając przy tym terkoczące dźwięki, że miałem wrażenie, jakbym uczestniczył w Bitwie o Anglię.
- Wiosna idzie - skomentował prof. Walczowski.
- Do Hornsundu zleciały roje pszczół - zaśmiałem się, bo stado alczyków w powietrzu przypomina wyglądem właśnie rój pszczół.
Mimo śniegu i mrozu pojawienie się alczyków oznacza, że do Hornsundu wraca życie. Te czarno-białe ptaszki zimę spędzają bowiem na otwartym morzu, a na wiosnę wracają na ląd, zeby założyć gniazda na urwistych skałach.
Niestety, fale szybko zrobiły się za duże. Dało się płynąć, ale wolno. Towarzyszący mi oceanografowie uznali, że w takim tempie nie wystarczy nam czasu, żeby dopłynąć do celu. Prof. Walczowski zdecydował, że wracamy.

"Srebrna strzała" podczas dziewiczego rejsu kilka tygodni temu

"Co za fantastyczna wycieczka", pomyślałem. Wypływamy na chwilę na morze i wracamy, zanim zrobi się zimno w stopy i dłonie, a więc nieprzyjemnie. A w stacji czeka na nas obiadek, na który mieliśmy się spóźnić. Dziś Ślązacy (w ramach pożegnania, bo jutro uciekają do Longyearbyen, stolicy archipelagu Svalbard, którego częścią jest Spitsbergen) duszą "golonko z kapusto". Pierunie.
Niestety, trzeba było jeszcze przycumować do brzegu. Fale wymyły łagodną plażę i w naszym "porcie" zrobił się mały klifek. Trochę więc się namęczyliśmy, zanim za pomocą lin, bloczków, wyciągarki i napompowanych rolek udało nam się wypchnąć łódkę na brzeg. No i się namoczyliśmy, bo trzeba było wskoczyć do wody. Przypomniała mi się scena z "Matni" Polańskiego.
W Hornsundzie, który należy do parku narodowego, nie wolno budować stałych urządzeń portowych, np. kei. Dlatego pływający tu oceanografowie, muszą mieć niezłą krzepę.
- Właśnie dlatego nazywają nas oceanografami fizycznymi - zaśmiał się ponuro prof. Walczowski.
Niech Lód będzie z Wami!

Tomasz Ulanowski

14:01, tomaszul
Link Komentarze (1) »
sobota, 26 kwietnia 2014

...ciekawskie renifery, które nie mogły się nadziwić, co to za dziwne dwunożne istoty zawitały do ich królestwa.

Niby niedźwiedzie polarne, ale niebiałe i nie tak śmierdzące. No i chyba bez złych zamiarów, niewykonujące gwałtownych ruchów i nieawanturujące się.
Tymi dziwnymi istotami był Zbyszek Górski, meteorolog z Polskiej Stacji Polarnej we fiordzie Hornsund na Spitsbergenie, i ja. Korzystając z pięknej słonecznej pogody, poszliśmy na nartach na szybką wycieczkę w stronę Ariebreen. To lodowiec oddalony o kilka kilometrów od stacji, akurat na trzygodzinny spacer.
Kiedy byliśmy już pod moreną, za którą Ariebreen spływa z gór, napatoczyliśmy się na stadko reniferów. Były bardzo spokojne, miały mądre oczy i były bardzo ciekawskie. Powoli zbliżały się do nas, czujnie nasłuchując, węsząc i wypatrując gwałtownych ruchów z naszej strony. Gotowe do błyskawicznej ucieczki. Ale jednak podchodziły coraz bliżej i bliżej, aż dzieliły nas może ze trzy metry. Zachowywały się bardzo cicho, krocząc po łamliwej lodoszreni, nie wydawały ani jednego odgłosu.
Stąd - cisi bohaterowie:).
Tutejsze renifery są trochę mniejsze od tych żyjących na kontynencie, wyodrębniono je zresztą jako podgatunek endemiczny mieszkający tylko na wyspach archipelagu Svalbard - Rangifer tarandus platyrhynchus. Są dzikie, mają mniej jedzenia, a porosty, które wygrzebują spod śniegu zawdzięczają tutejszym ptakom morskim. Bo to ptaki nieumyślnie przynoszą składniki odżywcze z morza, nawożąc swoim guanem spitsbergeńskie skały. Dzięki związkom azotu i fosforu znajdujących się w ptasim kale Svalbard porasta piękna tundra (latem bardzo krótko kwitnie i wtedy to dopiero jest tu cudnie). Korzystają z tego renifery, których jest ponoć aż kilkanaście tysięcy.
Nie jestem pewien, jak tu się znalazły - czy zostały przywiezione przez ludzi, czy tysiące lat temu same przywędrowały po lodzie. Tak czy inaczej są i stanowią nieodłączny element svalbardzkiego krajobrazu. Nie boją się ludzi, wchodzą nawet do stolicy archipelagu - Longyearbyen - i przechadzając się po ulicach, paraliżują tamtejszy, rzadki ruch samochodowy. Norwedzy na nie polują, ale nie przez cały rok i nie wszyscy. Tylko ci, którzy dostaną pozwolenie od tutejszych władz.
No i teraz już nie wiem, czy moje porównanie jest odpowiednie. Bo wydawało mi się, że mógłbym porównać renifery do naukowców prowadzących na Svalbardzie swoje badania (choć nikt na nich nie poluje, może oprócz dziennikarzy:). Często to lata mozolnych pomiarów, z których nie wynikają od razu oczywiste wnioski, okupione rozłąką z rodziną, marznięciem latem i walką ze sprzętem zawodzącym w trudnych arktycznych warunkach.
Na przykład prof. Waldemar Walczowski z Instytutu Oceanologii PAN co roku spędza lato na pokładzie statku badawczego "Oceania", z którego bada wpływ ciepłej i słonej wody atlantyckiej do Oceanu Arktycznego. I tak od prawie 20 lat. Słusznie mówią, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła.
Nikt mu tego nie każe robić, nie zbija na tych badaniach kokosów, a jednak się uparł. Wielokrotnie go namawiałem, żeby zaczął badać prądy morskie na Morzu Karaibskim - zresztą nie tylko ja. A on na to, że tam jest już ciasno od oceanografów.
Dzisiaj tak samo - ja poszedłem na wycieczkę na narty, a on korzystając z pięknej, bezwietrznej pogody, popłynął z dr. Przemysławem Wyszyńskim z UMK aluminową łódką pobierać próbki wody we fiordzie. Chce się dowiedzieć, ile jej pochodzi z lodowców, a jak dużo z Morza Grenlandzkiego, które wlewa się do Hornsundu. Na pewno obaj przy tym strasznie wymarzną. Ale nie było wyjścia, bo jutro pogoda ma się znowu popsuć, widać to po chmurach. Jak powiadają, "cirrus na niebie, pogoda się z...".
Podobnie postrzegam innych tutejszych badaczy, którzy prowadzą swoje męczące obserwacje i do bólu je powtarzają. Dzięki nim wiemy coraz więcej o otaczającym nas świecie. Tyle że mało kto to docenia.
Dlatego dla mnie są to cisi bohaterowie.
Niech Lód będzie z Wami.

Tomasz Ulanowski

21:03, tomaszul
Link Dodaj komentarz »
piątek, 25 kwietnia 2014

Być może rację ma prof. Waldemar Walczowski z Instytutu Oceanologii PAN, kiedy mówi, że prawdziwy rejs zaczyna się dopiero po trzech miesiącach.
Ja siedzę na razie w Arktyce i Polskiej Stacji Polarnej we fiordzie Hornsund na Spitsbergenie od trzech tygodni i ogarnia mnie znużenie. Z podróżą jest chyba jak z bieganiem. Na początku jest podekscytowanie, potem zmęczenie, a dopiero po pewnym czasie (w bieganiu jakoś po 30 minutach) przychodzi dojrzała przyjemność. Trzeba jej jednak doczekać.;)
Dzisiaj mieliśmy płynąć z prof. Walczowskim i Piotrkiem Wieczorkiem z IO PAN na cały dzień w głąb Hornsundu. Oni mieli stawiać kolejne instrumenty pomiarowe, a ja miałem marznąć. Niestety, pogoda totalnie się rozleciała. Zamiast słoneczka i flauty mamy silny wiatr, chmury i opady marznącego deszczu. Wyprawę trzeba było więc przełożyć, a ja trząsłem się z zimna nie w łódce, tylko w chłodni magazynu żywnościowego, w którym pomagałem zimownikowi Zbyszkowi Górskiemu w remanencie. Przez dwie godziny liczyliśmy mięsa i wędliny. Wegetarianin powiedziałby, że grzebaliśmy w trupach.
Na szczęście w nocy dobrzy ludzie upiekli ciasta, więc po robocie w chłodni czekała na nas nagroda.
Naukowcy, których kariera polega na analizie danych zebranych przez innych badaczy, nie maja pojęcia, jak trudno czasem te dane zebrać. W surowych arktycznych warunkach wszystko tak naprawdę zależy od pogody, wytrzymałości sprzętu oraz wytrzymałości ludzi.
Kilka dni temu z wyprawy na koniec fiordu wrócili glacjolodzy z Uniwersytetu Śląskiego. Ekipa Mariusza Grabca chciała zbadać radarem miąższość lodowca Horn spływającego do Hornsundu. Pisałem o ich planach niedawno w "Gazecie Wyborczej".
Jeśli okaże się, że dno szybko topniejącego Hornbreena leży kilkadziesiąt metrów pod poziomem morza, to w ciągu najbliższych kilkudziesięciu lat półwysep Sørkapp stanowiący południową część Spitsbergenu stanie sie wyspą. Nasi glacjolodzy nie są jednak na razie pewni wyników swoich badań. Pogodę mieli podłą. Chcą dokładnie przyjrzeć się dokonanym pomiarom.
Pracujący tu naukowcy mówią, że w ciągu XX w. z Hornsundu znikły lodowce o łącznej powierzchni blisko 100 km kw. Tak szybko, a ostatnio coraz szybciej, postępuje w Arktyce ocieplenie klimatu. Lód oddaje wodę do atmosfery, a także jest podmywany przez coraz cieplejsze morze. Mimo że w Hornsundzie panuje jeszcze zima (zazdroszczę Wam tych 20 st. C i zieleni!), a śniegu jest miejscami po szyję, to po kolorze i mętności wody we fiordzie widać, że lodowce już puściły i zaczęły oddawać morzu swoją wodę (słodką, ale zanieczyszczoną osadami).
Nasi uczeni pracujący tu w ramach polsko-norweskiego projektu badawczego AWAKE-2, którym kieruje prof. Walczowski, chcą zbadać, ile lodu ucieka w Hornsundzie na styku z powietrzem, a ile na granicy z morzem. Dzięki temu stworzą model rozpływania się Arktyki, który będzie można zastosować także np. w Antarktyce Zachodniej, gdzie lód również opiera się na archipelagu wysp.

Na zdjęciu: Hansbreen w śnieżycy. To lodowiec, który spływa prawie tuż za oknem:)

Magazyn "National Geographic" opublikował interaktywną mapę, na której można sprawdzić, jak wyglądałaby Ziemia, gdyby wszystkie lodowce Antarktyki, Arktyki i te górskie spłynęły do morza. Jego poziom podniósłby się o blisko 70 m, a wiele rejonów świata (i to nie tylko tych leżących dziś na wybrzeżu) znalazłoby się pod wodą. Polecam szczególnej uwadze mapę Polski.
Mimo pędzących na naszych oczach globalnych zmian klimatycznych nie ma niebezpieczeństwa, żeby stało się to za naszego życia, a nawet chyba w ciągu najbliższych kilkuset lat. Ale warto zobaczyć, do czego zmierzamy, jeśli nie przestaniemy pompować do atmosfery coraz większej ilości gazów cieplarnianych, w tym dwutlenku węgla będącego głównym cynglem zmian klimatu Ziemi. Warto zobaczyć, jaka Ziemia się skończy, a jaka rozpocznie.
Swój udział w emisji gazów cieplarnianych ma oczywiście także Polska Stacja Polarna na Spitsbergenie. Prąd czerpiemy tu bowiem z generatora dieslowskiego. Ludzkość nie wymyśliła na razie dla takich rejonów jak Arktyka żadnego alternatywnego źródła energii poza paliwami kopalnymi.
Niech Lód będzie z Wami.

Tomasz Ulanowski

13:03, tomaszul
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 kwietnia 2014

Najbardziej niesamowite są w okolicach Polskiej Stacji Polarnej na Spitsbergenie spotkania ze zwierzętami.
Tak, to prawda, przyroda nieożywiona jest tu również wspaniała - surowe, bezdrzewne góry, śnieg, lodowce, bardzo zimne morze.
Ale to przyroda ożywiona dodaje temu miejscu smaku i świadczy o jego charakterze. Jak mocne muszą być rośliny i zwierzęta, które mieszkają na tym groźnym pustkowiu!
Te pierwsze to mchy i porosty tundry, teraz ukryte pod lodem i śniegiem. Prawdziwe emocje wzbudzają zwierzęta - niedźwiedzie, renifery pasące się niedaleko stacji i wygrzebujące spod śniegu porosty, lisy, foki, morsy, ptaki. Ze spotkań z nimi cieszą się nawet zimnokrwiści naukowcy, tacy co tylko, wydawałoby się, "szkiełko i oko".

Wszyscy oczywiście wyczekują niedźwiedzi polarnych. Ale po wielkim samcu, który kilkanaście dni temu przedefilował ciężko jak czołg przed budynkiem stacji, żaden misiek nas nie odwiedził. Pozostają więc opowieści badaczy, którzy wyruszyli, żeby odczytać dane ze stacji pogodowych rozsianych po wybrzeżu fiordu Hornsund, ale zastali je potarmoszone i zniszczone przez niedźwiedzie polarne. Nie wiadomo, dlaczego miśki niszczą instrumenty naukowe (czasem po prostu przegryzają przewody). Czy prowadzą jakąś kampanię przeciwko ludziom, czy są ciekawskie, czy może po prostu są tak głodne, że szukają każdej okazji, żeby coś zjeść.
Kilka lat temu w drewnianej chatce, która stoi kilkanaście kilometrów stąd, naukowcy musieli zastrzelić niedźwiedzia, który rozbił okno i pakował im się do środka. Nie odstraszyły go ani race, ani uderzenia patelnią w nos. Na szczęście nasze przygody ze zwierzętami nie są jak dotąd tragiczne.
Jak już pisałem kilkakrotnie, wszystkich rozczulają tu liski polarne, które towarzyszą stacji - dwa białe i jeden ciemny. Te białe powoli tracą już zimową sierść, łapki i pyszczki zrobiły im się ciemne. Wyglądają przez to dość paskudnie, choć zabawnie. Ciągle czatują też koło bud stacyjnych psów - Ragny i Brzydala - czekając na okazję do świśnięcia im czegoś z miski.
Bliskie spotkanie z brązowo-czarnym lisem miał wczoraj prof. Waldemar Walczowski. Jechał skuterem do miejsca, gdzie razem z innym naukowcem z Instytutu Oceanologii PAN Piotrem Wieczorkiem zostawili łódź, kiedy zobaczył liska przed sobą. Zwierzak zaczął zwiewać, ale ponieważ wokół był świeży kopny śnieg, to biegł tuż przed skuterem, twardym śladem "wyjechanym" wcześniej. Tego śladu z tych samych powodów trzymał się Waldek Walczowski. W końcu lisek, zdesperowany bezowocną ucieczką, skoczył na pobliski kamień, odwrócił się pyskiem do skutera i zaczął wyć.
- Wył jak kojot albo hiena - śmiał się Waldek. - Szkoda, że nie miałem ręki, żeby go nagrać.
Wczoraj dwa zespoły naukowców wyprawiły się na łódkach daleko we fiord. Po drodze widzieli parę morsów, która wylegiwała się na maleńkiej krze. Prawdopodobnie - matkę z małym. Dzisiaj wszyscy o nie dopytywali (zdjęcie dzięki uprzejmości Tomka Wawrzyniaka z Instytutu Geofizyki PAN).
Zastanawialiśmy się też, gdzie się podziały alczyki. Zaczyna się wiosna, więc ich bandy pojawiły się nad lądem (alczyki zimują na otwartym morzu) i zaczęły szukać miejsc na gniazda. Te miejsca znajdują jednak na odsłoniętej skale, najlepiej w miejscach trudno dostępnych dla lisów, np. na urwiskach. Wczoraj jednak na skałach niedaleko Polskiej Stacji Polarnej było cicho jak makiem zasiał. Pewnie alczyki wiedziały, że po kilkunastu godzinach pięknej pogody znowu zbliża się śnieżyca i nie ma co szukać czarnej skały.
Ta śnieżyca pokrzyżowała plany grupy glacjologów z Uniwersytetu Śląskiego, o których pisałem w "Gazecie Wyborczej" tutaj.
Uczeni mieli zbadać radarem grubość lodowca Hornbreen, który łączy Sørkapp, czyli południową część Spitsbergenu z resztą wyspy. Dzięki temu będą wiedzieli, czy po stopnieniu lodowca da się tamtędy przejść suchą stopą. Innymi słowy - czy Sørkapp to, jak mówi jego norweska nazwa, rzeczywiście półwysep, czy raczej pełnowymiarowa wyspa.
Glacjolodzy mieli ruszać na swoją kilkusetkilometrową wyprawę dziś rano, ale z powodu śnieżycy ciągle siedzą w stacji i czekają na poprawę pogody. W zawiei czy zamieci śnieżnej właściwie nie można na zewnątrz się poruszać. Jest tak biało, że dosłownie nic nie widać. To tzw. "white-out" - widać w nim najwyżej na wyciągnięcie ręki, a nawet jeśli dalej, to trudno zorientować się w przestrzeni i człowiek porusza się po omacku. Na skuterze można jechać tylko dzięki GPS-owi. Doświadczyłem "white-outu" kilkakrotnie na nartach. Mimo że stok był łagodny, zjeżdżałem bardzo ostrożnie, czasem nie wiedząc, czy to ja jadę, czy góra.
Na szczęście wczoraj, kiedy razem z Tomkiem Jankowskim, informatykiem stacji, wdrapaliśmy się na nartach na szczyt Vesletuva (542 m n.p.m.), pogoda była rewelacyjna, a widoki oszałamiające. Naokoło biało-czarne góry, lodowce i wody Hornsundu. Ach.
Już w stacji Tomek tłumaczył mi, jak rozróżnić różne gatunki niedźwiedzi. Wystarczy kopnąć misia w tyłek (nie polecam!), a potem uciec na drzewo. Jeśli za nami wejdzie, będzie to baribal. Gdy zacznie potrząsać drzewem, to rozdrażniliśmy grizzli. Jeśli w okolicy nie będzie drzewa, to spotkaliśmy niedźwiedzia polarnego. No, a kiedy misiek się rozbeczy, to będzie to Kolargol:).
Niech Lód będzie z Wami!

Tomasz Ulanowski

 

Post użytkownika Nauka Ekstra.
10:21, tomaszul
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 kwietnia 2014

Na niebie nad Hornsundem pojawia się coraz więcej alczyków. Latają w mocnych bandach, wyczyniając akrobacje i wywijając hołubce podobne do szpaków. Chmary czy może chmury pędzących alczyków zmieniają na niebie kształty niczym rój pszczół albo ławica śledzi. Latają przy tym tak szybko, że trudno za nimi nadążyć z lornetką.
Dla mieszkańców Polskiej Stacji Polarnej we fiordzie Hornsund na Spitsbergenie obecność alczyków oznacza rychłe nadejście wiosny. Choć inne znaki na niebie i ziemi wcale na to nie wskazują. Święta wielkanocne spędziliśmy uwięzieni w stacji z powodu szalejących na zewnątrz wichury i zamieci śnieżnej. Dzisiaj od rana jest ładnie, świeci słońce, a wiatr znacznie osłabł, ale za to temperatura spadła do blisko -10 st. C.
"Od rana" to zresztą określenie dość teoretyczne. Dzisiaj w Hornsundzie, na 77. st. szer. geogr. półn., zaczął się bowiem dzień polarny. Do jesieni słońce nie schowa się więc za horyzontem.
Ale nic dziwnego, że alczyki nie próżnują. Arktyczne lato jest bardzo krótkie i jeśli chcą się rozmnożyć, to muszą się pospieszyć. Te niewielkie czarno-białe ptaszki zimę spędziły, dryfując na otwartym morzu. Późną zimą nadlatują nad arktyczne lądy, szukając urwistych skał, na których mogłyby założyć gniazda.



Tylko dzięki alczykom i innym ptakom morskim, na skałach Spitsbergenu cokolwiek rośnie (czyli mchy i porosty). Ptaki przenoszą bowiem z morza na ląd składniki odżywcze. Tzn. w morzu łapią plankton czy rybki, a lądy zasilają swoimi odchodami bogatymi w żyzne związki azotu i fosforu. Taka to arktyczna koegzystencja.
Pojawienie się alczyków i innych ptaków oznacza także, że w Hornsundzie panuje już nie tylko niezwykle piękna cisza, ale także żywy ptasi harmider. Podobna zmiana zaszła zresztą w Polskiej Stacji Polarnej, do której po sennej zimowej wachcie trzymanej podczas nocy polarnej przez 10 osób dołączyło kilkunastu naukowców prowadzących wiosną i latem swoje kilkutygodniowe czy kilku miesięczne badania. Dzięki nim mogłem przyjechać tu i ja.
Z alczykami i harmidrem wiążą się moje pierwsze svalbardzkie doświadczenia (Spitsbergen jest największą wyspą norweskiego archipelagu Svalbard). Otóż kiedy byłem tu po raz pierwszy w 2009 r., dzieliłem przez kilka nocy w stolicy archipelagu Longyearbyen schronienie z grupą ornitologów z Uniwersytetu Gdańskiego. Ich szef tak chrapał, że miałem ochotę go uciszyć poduszką.
Dobrze, że hornsundzkie ptasie radio nadaje na falach przyjemniejszych dla ucha.
Niech Lód będzie z Wami.

Tomasz Ulanowski

10:18, tomaszul
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 kwietnia 2014

Jeśli komuś się wydaje, że wyjeżdżając do Polskiej Stacji Polarnej we fiordzie Hornsund na Spitsbergenie, ucieknie od Polski, to srogo się myli. Wielkanoc wygląda tu zupełnie tak jak w domu. Sporo jedzenia i senny nastrój przez cały dzień. Taki jest ten "polski dom pod biegunem", jak nazwał stację jej założyciel Stanisław Siedlecki.
Sprzyja temu pogoda. Jeszcze wczoraj mieliśmy mroźny wyż atmosferyczny i piękne słońce pozwalające naukowcom pracować. Ale od wieczora przechodzą nad nami ciepłe fronty, przynosząc chmury (nawet burzowe), opady śniegu, wiatr i zawieje śnieżne. Przed chwilą za oknem panowała biel. Dosłownie nic nie było widać. Teraz trochę się przejaśniło i - zapewne przez chwilę - widać nawet góry po drugiej stronie fiordu.
Przygotowanie świąt dla przeszło dwudziestu osób, które są teraz w stacji, to nie lada wysiłek. Od kilku dni polarnicy zapisywali się na tablicy do pichcenia różnych pyszności - od pasztetu po ciasta. Tym wspólnym wysiłkiem przyrządzili prawdziwą ucztę!
Nie obyło się nawet bez święconki. Wspólnie przygotowano pisanki. Kilka z nich oraz próbki innych smakołyków polarnicy zabrali na znajdujący się niedaleko stacji cypel Wilczka. Od 1982 r. stoi na nim krzyż zbudowany z drewna dryftowego. To miejsce to tutejsza kaplica. Kierownik stacji Piotr Dolnicki powiedział kilka ładnych zdań, a następnie poświęcił jedzenie. Wodę święconą wylał z małej buteleczki.
Chyba po raz pierwszy w historii Polskiej Stacji Polarnej jest w niej teraz jednocześnie czterech kierowników (choć oczywiście tylko tymczasowo). Obecny i jego poprzednicy - dwaj bezpośredni, czyli Darek Ignatiuk z Uniwersytetu Śląskiego i Adam Nawrot z Instytutu Geofizyki PAN, oraz SebastianSikora, który dowodził stacją w sezonie 2009/10.


Sebastian, podobnie jak jego żona Ola, pracuje obecnie w Centrum Uniwersyteckiem na Svalbardzie (UNIS) w Longyearbyen. Kieruje projektem badawczym dotyczącym technologii wpompowywania dwutlenku węgla pod ziemię (więcej na ten temat niedługo w "Gazecie Wyborczej"). Pełni też rolę nieformalnego zaopatrzeniowca stacji, za co wszyscy są mu tu dozgonnie wdzięczni.
Wczoraj pod zaśnieżoną stację oprócz lisów polarnych, które są tu już stałymi bywalcami, podeszły dzikie renifery. Jakby i im te święta trochę myliły się z Bożym Narodzeniem. Ale mimo śniegu polarne lato zbliża się bardzo szybko.
Wieczorem w drugi dzień świąt słońce na krótko zajdzie tu po raz ostatni przed jesienią. Na kilka miesięcy Hornsund i Polską Stację Polarną obejmie dzień polarny. Od dawna jest w nocy jasno, ale dopiero od wtorku 22 kwietnia słońce przestanie się chować za horyzontem. Zanim przyjdzie lato i śnieg stopnieje, będzie więc tu wyjątkowo biało.
Wesołych świąt!
I niech Lód będzie z Wami.

Tomasz Ulanowski

15:15, tomaszul
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 kwietnia 2014
Wychodziliśmy na narty z Damianem Bieleckim. Damian jest jednym z dziesięciu zimowników, czyli osób, które są w Polskiej Stacji Polarnej od lata zeszłego roku. Odpowiada za obserwacje tzw. środowiska abiotycznego (czyli nieożywionego, np. spływającego po sąsiedzku lodowca Hansbreen). Celem była znowu przełęcz pod szczytem Fugleberget, który wznosi się nad stacją na wysokość 569 m n.p.m.
Ostatnio nie udało mi się wleźć na nią aż do samej grani, która znajduje się na wysokości 400 m. I, co najgorsze, nie wziąłem ze sobą aparatu, a światło było akurat upojne. Świeciło zachodzące słońce, a nad fiord Hornsund, na wybrzeżu którego stoi Polska Stacja Polarna, napływały śniegowe chmury. Plułem sobie w brodę przez całą wspinaczkę i zjazd. Tym razem dobrze więc się "uzbroiłem".
Niestety, tuż za progiem stacji wlazłem na lód i fiknąłem klasycznego kozła. Łupnąłem w ziemię kością ogonową aż miło. Myślałem, że nie wstanę. "Groza Arktyki", jak pewnie skomentowaliby mój wyczyn polarnicy, gdyby go tylko widzieli (na szczęście nie widzieli;). To dość popularne tu ironiczne określenie na wszelkie strachy związane z tym niegościnnym rejonem świata. Bo tak naprawdę jest on bardzo gościnny, jeśli tylko wiadomo, jak w nim się zachowywać. Np. nie wolno stawać na lód, jeśli nie jest się uzbrojonym w raki.
Nic to. Nie poddałem się. Wleźliśmy z Damianem na samą grań przełęczy pod Fuglem i zjechaliśmy w dół w tej powodującej kołatanie błędnika bieli (z powodu braku punktów orientacyjnych czasem trudno powiedzieć, dokąd się jedzie oraz ocenić ryzyko).
Kością ogonową będę się martwił jutro.
Kiedy już byliśmy z Damianem z powrotem, powitało nas wycie psów - Ragny i Brzydala, które strzegą stacji przed niedźwiedziami polarnymi. Tym razem jednak Ragna i Brzydal nie wyły na miśki. Z okazji Wielkiego Piątku naukowcy szli na pobliski cypel Wilczka, na którym w 1982 r. ówczesna załoga stacji postawiła krzyż zbudowany z drewna dryftowego. Psów wyjątkowo ze sobą na Wilczka nie zabrali i stąd to pełne rozczarowania wycie.
Poszedłem Ragnę i Brzydala wytarmosić i pocieszyć.
Niech Lód będzie z Wami!
Ale nie pod nogami:).

Tomasz Ulanowski
20:13, tomaszul
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3