RSS
piątek, 18 kwietnia 2014
Takie pytanie stawia zupełnie poważnie szacowny tygodnik "Science". Co prawda na swojej stronie internetowej, ale jednak co "Science" (jeden z dwóch - obok "Nature" - najważniejszych tygodników naukowych) to "Science";).
Hmmm... Patrzę na zdjęcia uczestników wszystkich 36 wypraw zimowych do Polskiej Stacji Polarnej we fiordzie Hornsund na Spitsbergenie, które zajmują całą ścianę w tutejszej mesie, i myślę sobie, że nawet jeśli faceci z brodą wymrą wszędzie indziej, to tutaj zostanie ich niewielka enklawa. Tak długo jak w Arktyce będą Polacy, tak długo na Ziemi będą brody!
No dobra, zgoda. Kiedyś były to brody bujne, wijące się na boki i dumnie spływające na pierś. Brody całoroczne. Im bliżej nowoczesności, tym wśród tutejszych zimowników mniej brodaczy, a na pewno mniej brodaczy pełną gębą. Przeważają bowiem niewielkie zarosty. W tym roku tylko trzech na dziesięciu (w sumie na ośmiu, bo są dwie kobiety) całorocznych mieszkańców stacji podtrzymuje dumną tradycję zimowniczą i się nie goli. Choć trochę swoje brody przycinają.
Naukowcy, których badania "Science" opisuje na swojej stronie internetowej, nie upatrują jednak końca facetów z brodą w ich coraz mniejszej liczbie, ale w ich liczbie... coraz większej. Nie da się bowiem ukryć, że w miastach brody wracają ostatnio do łask. Być może jest to związane z kulturą hipsterską, a być może nie. Tak czy inaczej bród zrobiło się w bród - tyle, że aż mam ochotę się ogolić. A tak tego nie cierpię, że nie goliłem się od jakichś 10 lat.
I w tym właśnie uczeni upatrują początków upadku brody.
Jak wiadomo, ewolucja działa na zasadzie doboru naturalnego przypadkowo występujących cech. Te, które okażą się przydatne w danym środowisku naturalnym - np. skrzydła, dzięki którym można uciec prześladowcom, ale i samemu zaatakować, albo rozwinięty mózg, który daje przewagę nad całą przyrodą - mają szansę zostać przekazane kolejnym pokoleniom i przeżyć. Te gorzej dopasowane do otoczenia są skazane na zapomnienie (np. jak ogon u ludzi).
Korzystne cechy są promowane podczas doboru płciowego. Z prowadzonych w ostatnim czasie badań wynika np., że kobiety uważają mężczyzn z zarostem za bardziej seksownych od tych z mlekiem pod nosem. Wydaje się, że brodate twarze są dla kobiet bardziej męskie, a więc sygnalizują, że "z tym gościem można mieć niezłe potomstwo". To wszystko oczywiście odbywa się na poziomie podświadomym. Raczej nikt świadomie nie dokonuje takiego uogólnienia, że broda u potencjalnego ojca oznacza fajniejsze dzieciaki.
Oprócz doboru pozytywnego w przyrodzie występuje jednak także dobór negatywny zależny od częstości występowania jakiejś cechy. Tzn. im jest ona częstsza, bo np. kiedyś była premiowana przez ewolucję, tym staje się mniej atrakcyjna. Być może z tego powodu ludzie o brązowych oczach, którzy stanowią dziś jakieś 90 proc. populacji Homo sapiens, znajdą się kiedyś w mniejszości?
"Science" stawia tezę, że taki los czeka brody, jeśli staną się jeszcze bardziej popularne i męska część ludzkości zarośnie na twarzy futrem. Tak bowiem się opatrzą, że kobiety zaczną wybierać mężczyzn z bezbrodowej mniejszości.
Na potwierdzenie tej tezy "Science" przytacza wyniki eksperymentu przeprowadzonego przez Zinnię Janif, biolożkę ewolucyjną z Uniwersytetu Nowej Południowej Walii w Sydney, i opisanego w "Biology Letters".
Zespół Janif zrekrutował 36 mężczyzn, którzy mieli zapuszczać brody. Zostali oni sfotografowani w tych samych warunkach oświetleniowych i w różnych stadiach wzrostu zarostu - gładko ogoleni, po pięciu dniach od golenia, po 10 dniach i po czterech tygodniach. Zdjęcia pokazano 1453 kobietom (heteroseksualnym i biseksualnym) i 213 mężczyznom (heteroseksualnym). Te "jurorki" i ci i "jurorzy" mieli ocenić atrakcyjność "modeli".
Czy modele brodaci wygrali ten konkurs piekności?
Niespecjalnie, bo naukowcy przygotowali dla jurorek i jurorów "pułapkę". Zdjęcia mieszali tak, żeby raz ogoleni, a innym razem brodaci byli w zdecydowanej mniejszości. I okazało się, że kontekst miał znaczenie.
Tam, gdzie bród było mało, jurorki i jurorzy woleli brodatych. A z zestawów, w których brodaci przeważali, wybierali modeli gładko wygolonych. Takich samych wyborow dokonywali i mężczyźni, i kobiety.
Czyli im więcej bród, tym stają się mniej popularne i tym większe ryzyko, że w końcu zejdą "do podziemia". Bo wielu tak jak ja zacznie się zastanawiać nad ogoleniem się.
Jakoś jednak nie boję się, że brody znikną zupełnie. Bo zawsze choć niewielka mniejszość mężczyzn będzie je nosiła. Choćby w takich enklawach jak Polska Stacja Polarna. I wtedy jako coś rzadkiego staną się one znowu obiektem kobiecych westchnień (być może, o zgrozo, taki sam renesans czeka kiedyś wąsy, których jedną z polskich enklaw jest obecnie Poznań).
Bo broda jest naprawdę fajna. Zimą grzeje, latem chłodzi i jest miła w dotyku. Ale rzeczywiście wolałbym, żeby bród było trochę mniej. Zawsze to milej być kimś wyjątkowym:).
Niech Lód będzie z Wami.

Tomasz Ulanowski
19:33, tomaszul
Link Dodaj komentarz »
środa, 16 kwietnia 2014

Gotowanie dla 20 osób to nie to samo co gotowanie dla kilkuosobowej rodziny.
Na śniadanie usmażyliśmy naleśniki. Na szczęście nie wszyscy polarnicy wstali na ósmą. Sporo ich pracowało do późna w nocy i pojawili się dopiero na obiedzie.
Dzisiaj we fiordzie Hornsund na Spitsbergenie, gdzie stoi Polska Stacja Polarna, mamy zawieje i zamiecie śnieżne. Idący znad Grenlandii niż ściągnął nam taki wiatr, że śnieg sypie poziomo. I coraz bardziej przysypuje stację. Część szyb jest już zupełnie biała.
Prof. Waldemar Walczowski z Instytutu Oceanologii PAN wiedział, kiedy wziąć dyżur. Dla niego i innego oceanografa Piotr Wieczorka taka pogoda oznacza, że nie mogą wypłynąć na pomiary. A ponieważ znali prognozę, to postanowili wziąć dyżur właśnie dziś. Inni polarni naukowcy pewnie im zazdroszczą, bo sami z powodu pogody muszą "kiblować" w stacji. I martwią się, że dyżur wypadnie im w jakiś piękny, słoneczny dzień.
Dołączyłem do Walczowskiego i Wieczorka, bo przecież w trójkę raźniej. No i można się podzielić obowiązkami. Piotr miał wachtę w nocy. Nasłuchiwał, czy ktoś nie woła pomocy przez radio, czy psy nie szczekają, ostrzegając przed niedźwiedziami polarnymi. Rano posprzątał i ustawił nakrycia na stole.
Zmieniłem go o 5:30 i zacząłem przygotowywać śniadanie. Wymyśliłem sobie naleśniki, bo po tych wszystkich porannych kiełbasach z grilla mocno zatęskniłem za czymś innym. Pracę w kuchni zacząłem jednak od pieczenia chleba. Poprzedniego wieczoru nastawiłem żytni chleb foremkowy - według przepisu, który dostałem od Moniki Franczak-Zmarz z "Gruzji na talerzu". Jest bardzo prosty do zrobienia i pyszny (zapytajcie zresztą Monikę o przepis). Rano wsadziłem wyrośnięty chlebek do pieca i po przeszło 1,5 godz. był gotowy.
Po nim zabrałem się za wyrabianie już bardziej skomplikowanego w przygotowaniu chleba pszennego (przepis tutaj; choć sporo go uprościłem), nad którym pracuje się cały dzień. Zaczyn na ten chleb nastawiłem sobie również wieczorem.


Dopiero później wziąłem się za przygotowanie naleśników i różnych farszów - słonych i słodkich.
Oczywiście usmażyłem za mało naleśników. Dlatego cieszyłem się, że nie wszyscy wstali. :)
Obiad gotowali już głównie Piotr Wieczorek i Waldemar Walczowski. Zupa serowo-czosnkowa została z porzedniego dnia, więc tylko ją "rozmnożyliśmy". Na drugie było spaghetti po bolońsku i sałata lodowa. Pycha.
Teraz już tylko sprzątanie.
Tuż po obiedzie upiekłem ten drugi, pszenny chleb. Tutejszy piekarz i informatyk Tomek Jankowski aż trząsł uszami, kiedy go jadł, więc chlebek chyba się udał.
Oczywiście, zimownicy z Polskiej Stacji Polarnej pieką swój własny chleb. I to nie byle jaki, bo zakwas odziedziczyli jeszcze po poprzedniej, XXXV wyprawie zimującej. Ale w końcu każdemu przyda się co jakiś czas odmiana.
Na chwilę przestało wiać i śnieżyć, jest lekka odwilż, woda kapie z dachu. Jak wytłumaczył mi Zbyszek Górski, czyli jeden z dwóch stacyjnych meteorologów, jesteśmy właśnie w oku cyklonu, czyli w centrum niżu, który przyszedł znad Grenlandii. To dlatego jest tak cicho i spokojnie.
Dzięki temu, że trochę się przejaśniło, z Polskiej Stacji Polarnej znowu widać szczyt Fugleberget (prosto z morza wyrasta na 569 m n.p.m.), u podnóża którego jesteśmy. Wczoraj razem ze Zbyszkiem Górskim i Piotrkiem Wieczorkiem zrobiliśmy sobie dwugodziną wycieczkę narciarską na przełęcz obok Fugla. Szło się wspaniale (z grani gapiły się na nas trzy renifery), zjeżdżało też. Zabawa była przednia, bo - oprócz nieziemskich widoków - na górze było tak biało i tak mało punktów odniesienia, że błędnik szalał. Dwa razy wydawało mi się, że to nie ja jadę, tylko góra.
Na szczęście Zbyszek, doświadczony GOPR-owiec i narciarz (biega tu na nartach codziennie), przecierał nam szlak.
Niech Lód będzie z Wami!

Tomasz Ulanowski

16:38, tomaszul
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 14 kwietnia 2014

To one decydują o powodzeniu albo niepowodzeniu wielu badań naukowych. W terenie nie ma zmiłuj, jeśli coś długo idzie za dobrze, to wiadomo, że zaraz się spieprzy.
Takie właśnie myśli chodziły nam po głowach, kiedy razem z prof. Waldemarem Walczowskim z Instytutu Oceanologii PAN zobaczyliśmy, że batometr, którym pobieraliśmy próbki wody, jest pęknięty.
Ze dwie godziny wcześniej pełni dobrych myśli wypłynęliśmy na wody svalbardzkiego fiordu Hornsund, u wybrzeży którego stoi Polska Stacja Polarna. Pogoda była śliczna. Świeciło słoneczko, wiatr przestał wiać, a temperatura powietrza wynosiła tylko ok. -10 st. C. Na wodzie było oczywiście cieplej, bo w energię zasila ją zespół prądów morskich, który ciepło czerpie aż z tropików.
Aluminiową łódką podpłynęliśmy do czoła majestatycznego lodowca Hansbreen, zwanego po prostu Hansem. Dzięki bliskiej obecności całorocznej polskiej bazy jest on chyba najlepiej przebadanym lodowcem świata. Jego lód lśnił w słońcu. Choć powierzchnia Hansbreena jest biała, bo pokryta śniegiem, to odsłonięte czoło jest seledynowe i przecinąją je żyły szarych osadów skalnych. Kilka razy lodowiec na naszych oczach się ocielił, czyli oderwały się od niego góry, a w zasadzie górki, lodowe.

 

To, co widać na powierzchni wody, to tylko niewielka część czoła Hansa. Lodowiec siedzi bowiem na dnie morskim kilkadziesiąt metrów pod powierzchnią wody. Prof. Walczowski opowiedział mi, że czasami po cieleniu na dnie zostają wielkie kawały lodu, które w niesprzyjających (badaczom) okolicznościach wypływają na powierzchnię niczym okręt podwodny. Wirują wtedy jak oszalałe, zamiatając wszystko dookoła pod wodę i biada pasażerom łódeczki takiej jak nasza, jeśli są w pobliżu. Dla bezpieczeństwa byliśmy więc ubrani w nieprzemakalne kombinezony ratownicze.
Pogoda, jak już napisałem, sprzyjała, Hans był grzeczny, więc zabraliśmy się do pracy. Prof. Walczowski chciał pobrać próbki wody z różnej głębokości i z kilku miejsc. Dzięki temu norwescy naukowcy, z którymi współpracuje w ramach projektu AWAKE-2, będą potem mogli sprawdzić w tej wodzie stosunek różnych izotopów tlenu. I dowiedzą się, czy pochodzi ona z opadów atmosferycznych, czy z oceanu. To jeden z elementów arktycznej układanki, którą chcą poznać uczeni. Interesuje ich, co dokładnie dzieje się na styku trzech sfer - hydrosfery, czyli wody, kriosfery, czyli lodu, i atmosfery, czyli powietrza.
Do łapania wody służy właśnie batometr.
To dość sprytne i proste urządzenie, używane już 100 lat temu przez słynnego norweskiego oceanografa i polarnika Fridtjofa Nansena. Zbudowane jest z plastikowej rury z pokrywkami na obu końcach. Gdy opuszcza się je do wody, pokrywki są otwarte. Ale kiedy batometr znajdzie się na odpowiedniej głębokości, wysyła się mu po trzymającej go lince tzw. posłańca czy posyłacza, czyli ciężarek, który za pomocą zmyślnego mechanizmu zamyka obie pokrywki. Woda jest w pułapce i można ją wyciągnąć na pokład i przelać do oznaczonej starannie buteleczki.
Niestety, nasz batometr nie działał. Posyłacz nie zamykał plastikowej rury. Prof. Walczowski zaczął szukać przyczyn problemu i szybko je znalazł. Z linek skonstruowal też nowy mechanizm zamykający. Batometr zaczął działać.
Ale czasami nie działał. I było to szczególnie męczące, kiedy dowiadywaliśmy się o tym po wyciągnięciu go ręcznie kręconym kołowrotkiem z głębokości 50 m. A potem okazało się, że nasz batometr jest pękniety. No i teraz czeka go większy remont.
Byliśmy już solidnie przemarznięci, bo ciągle moczyliśmy ręce w wodzie. Szczególnie zdrętwiały nam z zimna stopy, co zawsze jest problemem podczas tego typu pomiarów. Kiedy wyszliśmy wreszcie na brzeg, długo musiałem je rozchadzać. Stopy, znaczy się. Na początku chodziło się na nich jak na cegłach.
Ale na wodzie było bajecznie. Po kilku zimnych dniach Hornsund zaczął przy brzegu znowu zamarzać. A przy Hansie pięknie było widać, jak słodka i lżejsza woda z lodowca napływa na słoną i cięższą wodę morską - powierzchnia morza miała bowiem różną gramaturę. W niektórych miejscach pojawiły się na niej płytki cienkiego i przezroczystego jak szkło lodu. Morze leniwie się przewalało, konsystencją przypominając zmrożoną wódkę.
Niby szczegół, ale jaki piękny.
Niech Lód będzie z Wami.

Tomasz Ulanowski

21:53, tomaszul
Link Dodaj komentarz »

W Niedzielę Palmową Polska Stacja Polarna na Spitsbergenie opustoszała. Duża część załogi pojechała rano razem z glacjologami z Uniwersytetu Śląskiego w głąb fiordu Hornsund. Szykowali się do tego wyjazdu jak na wojnę - broń, kominiarki, dziesiątki kilogramów sprzętu. Pokonali skuterami śnieżnymi kilkaset kilometrów, kręcąc po lodowcach, żeby zbadać pokrywę śnieżną zalegającą na wybrzeżu Hornsundu. Wrócili - "strasznie umorusani, ale szczęśliwi" - dopiero późnym wieczorem.


Oprócz ciekawych badań i ogólnej życzliwości innym ewenementem Polskiej Stacji Polarnej są posiłki. To prawda, je się tu dużo mięsa, bo w ostrym artkycznym klimacie ludzie potrzebują dużo energii (szczególnie po powrocie z terenu) i kiedy wrócę do domu czeka mnie wegetariański detoks. Ale ich niezwykłość polega na tym, że każdego dnia kto inny ma dyżur w kuchni. I każdy mocno się stara, żeby po śniadaniu i obiedzie (kolacje przygotowujemy sobie sami) wszycy chwalili, jakie było smaczne.
I zawsze chwalą, bo jest za co.
Dzisiaj na śniadanie Adam Nawrot i Tomek Wawrzyniak z Instytutu Geofizyki Polskiej Akademii Nauk przygotowali... burgery. Mmmm, jakie były dobre. Nie wszyscy je oczywiście jedli, ale ci, którzy złożyli zamówienie, dostawali je prosto z kuchni. I to była kolejna przyjemność, bo zazwyczaj wszystko stoi na stole i trzeba sobie samemu nakładać. A tu taka obsługa! Burgery były dość pokaźne, ale nikt się nie poddał.
A dzisiaj na obiad będzie pyszny śląski żur, który został z wczorajszego obiadu przygotowywanego przez szefa stacji Piotra Dolnickiego.
Zanim go jednak zjemy, pożegnamy cztery osoby. Dwójkę naukowców niemieckich - Anne Hormes z Centrum Uniwersyteckiego na Svalbardzie (UNIS-u) w Longyearbyen, Sebastiana Westermanna z Uniwersytetu w Oslo; amerykańskiego uczonego Toby'ego Koffmana z Uniwersytetu Maine w USA; i Bartka Luksa z Instytutu Geofizyki PAN w Warszawie. Wszyscy skończyli swoje badania, które prowadzili ze stacji, i na Wielkanoc wracają do domu. Trochę smutno.
No, ale już niedługo w Polskiej Stacji Polarnej pojawią się nowi goście.
Niech Lód będzie z Wami.

Tomasz Ulanowski

10:14, tomaszul
Link Dodaj komentarz »
piątek, 11 kwietnia 2014

Przez cały dzień nic się nie działo. Wbrew optymistycznym prognozom pogody wichura i śnieżyca nie pozwoliły na żadne wyjścia z Polskiej Stacji Polarnej i badania naukowe. Wszyscy snuli się jak struci, znużeni tym "kiblowaniem". Potem trochę się przejaśniło i kilka osób wyszło "w pole". Nasi oceanografowie po raz pierwszy i po długich przygotowaniach - montażu specjalistycznego sprzętu, przeglądzie silnika - spuścili na wodę swoją łódź i poszaleli po fiordzie. Jutro zaczną robić badania.
Ja, niestety, nie mogłem z nikim się zabrać. Mam wrażenie, że naukowcy powoli mają mnie dość za siedzenie im na głowie i tę ciągłą pisaninę;).
Siedziałem więc sobie na kanapie i wyglądałem przez okna frontowe budynku stacji.
I nagle...
Niedźwiedź, niedźwiedź, niedźwiedź!
Brzegiem fiordu ze wschodu na zachód dostojnie kroczył potężny samiec niedźwiedzia polarnego.
Wszyscy rzucili się go oglądać. No i ruszyli po aparaty.
Kasia Jankowska, wiceszefowa stacji, nagrała krótki filmik, który można zobaczyć na Nauce Ekstra, facebookowym fanpage'u działu Nauka "Gazety Wyborczej".
Jako osoba, która pierwsza dostrzegła miśka, miałem zaszczyt wpisać go do "Zeszytu obserwacji niedźwiedzi".
Oceanografowie pomartwili się trochę o swoją łódkę, którą zostawili na trasie przemarszu miśka.
Wszystkim zdecydowanie poprawiły się jednak humory. Tym bardziej, że niedźwiedź poszedł sobie spokojnie swoją drogą, nikogo nie niepokojąc.
I co tu więcej gadać.

Tomasz Ulanowski

Post użytkownika Nauka Ekstra.
22:37, tomaszul
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 kwietnia 2014

Dzisiaj wichura i śnieżyca. Dlatego mimo że już wczoraj temperatura wzrosła do ok. 0 st. C, zapowiada się, jak to mówi prof. Waldemar Walczowski z IO PAN, "dzień biurowy". Na zewnątrz widać tylko "białe" (nomen omen tytuł książki Ilony Wiśniewskiej-Amundsen o Arktyce, którą niedługo wyda "Czarne":). Tzn. prawie nic nie widać.
W nocy w tej śnieżycy wróciło z Longyearbyen, stolicy archipelagu Svalbard, kilkoro polarników. Jechali na skuterach śnieżnych i czasem widzieli tylko przód skutera. Kiedyś musieliby rozbić namiot i czekać na poprawę pogody. Teraz jeździ się już jednak z GPS-em.
Droga powrotna zabrała im 10 godzin. W linii prostej z Polskiej Stacji Polarnej w Hornsundzie jest do Longyearbyen trochę ponad 130 km. Ale oczywiście nie da się jechać prosto. Trzeba okrążać lodowcami szczyty górskie i przecinać fiordy - jeśli są zamarznięte, bo inaczej trzeba je objeżdżać. W sumie wychodzi przeszło 300 km. Birger Amundsen, były redaktor naczelny tygodnika "Svalbardposten" wydawanego w Longyearbyen, opowiadał mi, że najszybciej przejechał tę trasę w trochę ponad 3 godziny. Normalnie jedzie się 5-6 godzin. Ale można jechać i 6 dni.
Pogoda to tutaj najważniejsza siła wyższa. Wyjście poza budynek stacji nie miałoby dzisiaj sensu, bo prawdopodobnie przez okno widać więcej niż na zewnatrz, gdzie potwornie zawiewa zimnym wiatrem i sypie w oczy śniegiem. Ale dzięki temu jest więcej czasu na rozmowy.
Zgadałem się np. z Anne Hormes i Tobim Koffmanem, dwójką paleoklimatologów, którzy badają, jak kiedyś ze Spitsbergenu i całego Svalbardu ustępował lodowiec. Polską Stację Polarną wykorzystują jako bazę wypadową.
Anne jest Niemką, ale pracuje w UNIS-ie, czyli w Centrum Uniwersyteckim na Svalbardzie w Longyearbyen. Norweskie władze utrzymują ten piękny ośrodek akademicki i ściągają do niego uczonych i studentów (także na krótkie kursy - zgłaszajcie się!) z całego świata. Toby to Amerykanin, pracuje na Uniwersytecie Maine.
Po co badać odwrót lodowca ze Svalbardu? I jaki odwrót, przecież pełno tu lodowców!?
Języki lodu spływające dzisiaj z gór archipelagu to "marna" pozostałość potężnej czapy lodowej, która 20 tys. lat temu pokrywała także kawał Polski. Kiedy klimat się ocieplił i zaczęła się ona cofać, powstały np. Bałtyk czy Morze Barentsa. To wszystko historia ledwie ostatnich kilkunastu tysięcy lat. W tym czasie ludzkość opanowała rolnictwo, przemysł, elektronikę i zaczęła m.in. prowadzić badania mające odpowiedzieć na pytanie, jakim cudem nam to wszystko się udało.
Nie udałoby się, gdyby ówczesne ocieplenie klimatu nie cofnęło czapy lodowej spływającej z Arktyki. Badając jej ówczesny odwrót, można postawić prognozy dla pokrywy lodowej ciągle skuwającej dziś Antarktydę Zachodnią na "drugim końcu" świata. Także tam opiera się ona na archipelagu wysp, morzu i dnie morskim.
Będący jej częścią Półwysep Antarktyczny to dziś - w dobie kolejnych globalnych zmian klimatycznych tym razem spowodowanych nie zmianami w orbicie Ziemi wokół Słońca, ale przemysłową emisją gazów cieplarnianych - podobnie jak Arktyka na północy jeden z najszybciej ocieplających się rejonów świata. Klimatolodzy zastanawiają się, czy jest zagrożenie, iż tamtejsza pokrywa lodowa gwałtownie się rozpadnie. A podobnie jak na Grenlandii jest w niej tyle wody, że gdyby cała spłynęła do oceanu, średni poziom morza podniósłby się nawet o 7 m.
Dlatego deglacjacja Arktyki sprzed kilkunastu tysięcy lat mogłaby być modelem dla tego, co w ciągu najbliższych kilkuset lat stanie się w Antarktyce Zachodniej. Ale żeby ten model zbudować, trzeba najpierw dowiedzieć się, jak lodowiec wycofywał się z Morza Barentsa i Svalbardu.
Anne i Toby badają to dość nowatorską metodą. Korzystają z promieniowania kosmicznego, którego cząstki bez przerwy bombardują Ziemię. Trudno im jednak przedostać się przez wodę albo lód. Ale kiedy lodowiec odsłania skałę, powodują utlenianie znajdującego się w niej berylu. Im dłużej skała jest odsłonięta, tym więcej w niej tlenków berylu. Naukowcy muszą też wziąć pod uwagę, czas rozpadu 10Be, czyli promieniotwórczego izotopu berylu powstającego pod wpływem bombardowania z Kosmosu. Na tej podstawie obliczają, jak długo skała była wolna od lodu.
Anne opowiadała mi, że także na szczytach tutejszych gór, które wznoszą się nawet na blisko 1,4 tys. m n.p.m. (i to prostu z morza, co wygląda zjawiskowo), znajdowano głazy narzutowe, które przyniósł lodowiec. Kiedyś polarna czapa lodowa sięgała więc aż tak wysoko. A właściwie - co najmniej tak wysoko.
Chciałbym te głazy zobaczyć. Jutro pogoda ma znowu zrobić się znośna, więc może siła wyższa pozwoli na badania terenowe.
Niech Lód będzie z Wami!

Tomasz Ulanowski

Post użytkownika Nauka Ekstra.
10:30, tomaszul
Link Dodaj komentarz »
środa, 09 kwietnia 2014

Pieniądze to dziwny koncept w Polskiej Stacji Polarnej na Spitsbergenie. Można zapomnieć, że w ogóle istnieją. Chcesz się napić kawy albo herbaty, to po prostu idziesz do kuchni i sobie parzysz. Śniadania i obiady są przygotowywane przez dyżurnych, ale jeśli ktoś jest jeszcze głodny, to w lodówce ma jedzenie.
Wieczorem byliśmy z Kasią Jankowską, zastępczynią kierownika stacji, "na zakupach". Poszliśmy do wielkiego magazynu z zamrażarkami (tak, nawet w Arktyce trzeba ich używać, bo pogoda jest tu zbyt niestabilna - teraz np. się zachmurzyło i ociepliło, termometr pokazuje ledwie -1 st. C), w których zgromadzono ogromne ilości jedzenia. Zapasy zrobili w zeszłym roku święci Mikołaje z Instytutu Geofizyki PAN. Do stacji przypłynęły one statkiem razem z ekipą dziesięciu zimowników, którzy opiekują się stacją od lata do lata. Zastanawiam się, jak zimownicy poradzą sobie "w prawdziwym życiu", kiedy już wrócą do Polski.
Mam tu trochę wrażenie, że mieszkam w cudownym schronisku górskim, w którym przewijają się ludzie z całego świata (większość oczywiście z Polski) i każdy z nich ma ciekawe historie do opowiedzenia. Na dzień wychodzą na swoje badania, ale spotykają się przy posiłkach i przy stoliku kawowym.
Wczoraj poszedłem z Oskarem Głowackim, doktorantem z Instytutu Geofizyki PAN, nad morze. Oskar chciał przetestować hydrofony, za pomocą których będzie nasłuchiwał, co dzieje się z lodem dryfującym we fiordzie Hornsund, na wybrzeżu którego stoi stacja. Przez słuchawki obserwowaliśmy, jak fale uderzają o siebie kawałkami lodowej kaszy i kry, a także jak uwięzione w nich pęcherzyki powietrza pękają pod wodą (do posłuchania na fanpage Nauka Ekstra).
Nagle kątem oka zauważyłem ruch. Na krze tuż koło nas kicał biały lisek polarny (lisów polarnych mieszka w okolicy stacji trójka, w tym dwa białe i jeden ciemny). Wyglądał na dość głodnego i w ogóle nas się nie bał. Skakał z kry na krę jak piórko. Morze leniwie kołysało pokrywającym je śryżem. Lisek odbiegł daleko na środek fiordu, a potem okrążając nas, wrócił, żeby dotrzymać nam towarzystwa. W końcu tak przyzwyczaiłem się do niego, że przestałem... robić mu zdjęcia (znajdziecie je na fanpage'u Nauka Ekstra).

 

Ciągle czekam na spotkanie z niedźwiedziami polarnymi. Oczywiście nie bardzo bliskie spotkanie, ale takie z bezpiecznej odległości:). Wczoraj oglądaliśmy je w... telewizji. Na Planete leciał piękny francuski film o cyrkulacji termohalinowej (o tym, czym ona jest i dlaczego zależy od niej nasze życie, można przeczytać na wyborcza.pl/nauka), który merytorycznie konsultował zresztą obecny tu prof. Waldemar Walczowski z Instytutu Oceanologii PAN. Śmialiśmy się, że jesteśmy na Spitsbergenie, a białe miśki ogladamy w telewizji. Zimownicy skarżyli się jednak, że od poczatku swojego pobytu tutaj widzieli ich ledwie dziewięć - czyli średnio jednego na miesiąc. A niektóre poprzednie wyprawy naliczały nawet kilkadziesiąt niedźwiedzi.
Być może misków jest mało, bo w Hornsundzie prawie nie ma teraz lodu morskiego. A niedźwiedzie polarne wyspecjalizowały się w polowaniu z lodu na foki. Bez niego nie mają więc po co tu się kręcić.
Ale bądźmy dobrej myśli. Zresztą nie ma tego złego, co by... itd. Skoro jest mało lodu, to może dzisiaj naukowcom uda się wreszcie zwodować łódkę.
Niech Lód będzie z Wami!

Tomasz Ulanowski

09:50, tomaszul
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 08 kwietnia 2014
Przy śniadaniu rozmawialiśmy o Norwegii z obcokrajowcami obecnymi w Polskiej Stacji Polarnej. Narzekaniom nie było końca;).
Oczywiście Norwegia ma swoje plusy. Z powodu złóż ropy i gazu oraz niewielkiej populacji (ok. 5 mln mieszkańców) to kraj mlekiem i miodem płynący. Jest bogaty, ale nie widać w nim luksusu. Ludzie żyją na bardzo wysokim poziomie, ale bez ekstrawagancji charakterystycznych dla nuworyszów. Wzbudza to uznanie, bo w końcu tutejsze bogactwo to rzecz ciągle świeża - złoża węglowodorów odkryto w norweskim szelfie kontynentalnym ledwie blisko pół wieku temu.
Norwegia to także kraj doskonale zorganizowany, co mnie akurat się podoba.
Minusy są takie, że, jak narzekali naukowcy z innych krajów pracujący na tutejszych uczelniach, norweska młodzież jest totalnie zepsuta. Większości nic się nie chce, dzieci profesury wybierają karierę w supermarkecie. W najgorszym wypadku państwo znajduje pracę prawie każdemu. Nawet ci, którzy studiują, mają być nieambitni i niesamodzielni.
W wielu zawodach pracują głównie obcokrajowcy. I nie chodzi tylko o budownictwo, którego wyższą kadrę opanowują już Polacy. Podobnie sporo pracowników z importu jest ponoć wśród naukowców. Swoją pracę wykonują kilka razy sprawniej niż Norwegowie (i nie dzwonią przy tym ciągle po instrukcje do szefostwa).
W sumie wcale mnie to nie dziwi. Z punktu widzenia biologii Homo sapiens winien jest system. Bo człowiek dostosuje się do każdych wymagań. Ale jeśli system ich nie stawia, to jednostka będzie cała happy (wydaje się, że tej prostej zasady nie rozumie minister zdrowia RP Bartosz Arłukowicz, który zawsze obwinia lekarzy i pielniegniarki; choć być może nie chce przyznać, że polski system ochrony zdrowia nadaje sie do remontu).
Dlatego gdyby mnie mogły utrzymać rodzina albo państwo, to też wolałbym wylegiwać się na Karaibach (skąd Daleka Północ dostaje potężny transport ciepła systemem pradów morskich), zamiast marznąć na Spitsbergenie.
No, ale opcje są, jakie są.
Niech Lód będzie z Wami!

Tomasz Ulanowski

PS Dzisiaj zepsuła się pogoda, więc część naukowców siedzi w stacji. Przyjechanie tutaj na kilka dni z nadzieją, że uda się intensywnie popracować, źle się kończy.
11:56, tomaszul
Link Dodaj komentarz »
Dzisiaj - czyli w nocy z poniedziałku na wtorek - nie będzie wiele, bo całe popołudnie spędziłem na wyjściu w góry z dr. Bartłomiejem Luksem z Instytutu Geofizyki PAN i dr. Sebastianem Westermannem z Uniwersytetu w Oslo. Obaj prowadzą pomiary pokrywy śniegowej i sprawdzali nowe miejsce, w którym chcieliby zainstalować kamerę obserwacyjną.
Jednym słowem wleźliśmy na nartach na wysoką górę (no dobrze, oni na wyższą ode mnie, ale po raz pierwszy byłem na nartach turowych i w pewnym momencie musiałem odpuścić) i strasznie się umęczyłem.
Więc idę już spać. Filmik z góry na facebookowej Nauce Ekstra, czyli fanpage'u działu Nauka "Gazety Wyborczej".
Niech Lód będzie z Wami!

Tomasz Ulanowski

PS Sebastian jest Niemcem i dlatego nad Polską Stacją Polarną we fiordzie Hornsund na Spitsbergenie powiewają nie tylko flagi polska i norweska, ale i (tymczasowo) niemiecka.
00:25, tomaszul
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 06 kwietnia 2014
Godzinę transportowaliśmy w nocy sprzęt z RV Lance'a do Polskiej Stacji Polarnej im. Stanisława Siedleckiego. Kursowały dwa pontony - jeden z Lance'a, a drugi stacyjny. Na brzeg wylegli prawie wszyscy obecni tu polarnicy. Pomagali nawet goście z Norwegii (część z nich robi tu badania, a część przyjechała w odwiedziny).
Kiedy się wreszcie rozpakowaliśmy, hulankom i swawolom nie było końca:). Przez okno zaglądał nawet jeden z mieszkających w okolicy lisków polarnych. Zimujące tu dziewczyny (pobyt od lata do lata), czyli Kasia i Magda starały się siadać sprawiedliwie wśród wszystkich mężczyzn (jak mi wyjaśniły, dogadały się, żeby nigdy nie siedzieć koło siebie).
Położyłem się o 3 nad ranem (było już bardzo jasno). Sąsiad w pokoju chrapał jak smok, ale po prostu padłem. Świat mi się kołysał, bo błędnik miałem jeszcze przyzwyczajony do statku.
O 8:30 śniadanie i kolejne powitania. Wszyscy gadają o nauce (będzie o niej dużo w kwietniowych wydaniach "Wyborczej"). Lód, woda, powietrze, wyjazdy na skuterach śnieżnych i nartach. Pogoda piękna, choć wiatr i mróz, więc każdy stara się wykorzystać ją do pracy w terenie.
Po śniadaniu poszedłem przywitać się z tutejszymi psami, którę ostrzegają polarników przed miśkami. Strachliwia Ragna nawet nie wszyszła z budy. Brzydal, wielki, bury i piękny psiak, leżał na śniegu i szczęśliwy pozwolił się wytarmosić.
Przed obiadem odwiedzili nas "łowcy" niedźwiedzi polarnych z Norweskiego Instytutu Polarnego. Był wśród nich poznany przeze mnie w Longyearbyen biolog Jon Aars. W Hornsundzie widzieli panią miśkę. Mam nadzieję, że odwiedzi nas tu więcej niedźwiedzi. Po kawie, herbacie i zatankowaniu śmiglowca (koło naszej stacji Norwedzy mają swoją "stację benzynową") polecieli dalej.
Obiad był tak dobry, że zaczynam martwić się o linię. Na szczęście okazuje sie, że w stacji jest mini siłownia z mechaniczną bieżnią (na zwnątrz biegałoby się bardzo trudno, do tego trzeba by nosić ze sobą broń).
Niech Lód będzie z Wami.

Tomasz Ulanowski
11:38, tomaszul
Link Dodaj komentarz »